Anna Moszyńska

Urodziłam się w 1968 roku. Potem chodziłam do przedszkola, gdzie nie było leżakowania i do pani mówiło się ciociu. Niestety na rok przed szkołą trzeba było iść do dużego przedszkola, żuć mięso, którego nie dało się połknąć i okropnie tęsknić za mamą. Ale w szkole już byli kochani nauczyciele. Poza zwykłymi lekcjami, które często spędzałam za drzwiami z powodu ataków śmiechu (co mi nie minęło, ale nikt mnie już za drzwi nie wyrzuca), uczyliśmy się grać na instrumentach, śpiewaliśmy w chórze i mieliśmy własną orkiestrę. Ja grałam na wiolonczeli. Potem była kolejna szkoła, gdzie uczniowie bywali wyżsi od nauczycieli i choć czasy były ponure, nam było wesoło i dobrze. Czasy zmieniły się, gdy byłam na Uniwersytecie. Zaczęłam tłumaczyć książki z angielskiego na polski i tłumaczyć angielską gramatykę własnym uczniom. Potem w drewnianym kościółku wzięłam ślub z prawdziwym królewiczem i jakiś czas uczyłam angielskiego niewidome dzieci. Ale tak naprawdę to one uczyły mnie dużo ważniejszych rzeczy. Dzięki nim czasem potrafię dostrzec to, czego nie można zobaczyć oczami. Później na świat przyszły nasze własne dzieci: Irenka, Antek, Janeczek i Joasia. I od nich znów chyba dostajemy więcej, niż sami możemy im dać? W wolnych chwilach napisałam książki (o hipopotamie i o świętym Stanisławie Kostce), do których obrazki narysowała nasza przyjaciółka, Dorota.

 

 

Kolejny numer Małego Pielgrzyma

już w czerwcu...

Facebook

Mały Pielgrzym poleca

Reklama
Reklama



Copyright: Wydawnictwo BERNARDINUM Sp. z o.o.